|
środa, 26 października 2011
Spadochrony
- O, bardzo dużo pokolorowałaś spadochronów. – mama przeglądała Rózi książkę do
religii – Każdy pokolorowany spadochron, to dobry uczynek. Hm, ciekawe. To jakie
to były te dobre uczynki? - Nie kłóciłam się z Jurkiem! Dzisiaj! I uważałam, żeby ładnie przechodzić przez ulice. Resztę zmażę. O Puchatku
- Niestety, ale dostałem cztery z minusem. Nie jest łatwo pisać o Puchatku i jeszcze pani mi skreśliła wszystkie słowa „fajny”.
Garby, groźny pies i kasztany
Dzień wolny od szkoły. Wpierw pojechaliśmy do doktora Bonifacego Jagody i
mieliśmy tremę przed badaniem, dopóki nie kazał nam wchodzić na biurko. Od tego
czasu bardzo nam się wszystko podobało, nawet przeglądanie się w lustrze. - Garba nie widać pod bluzką. – kłóciła się potem ze mną Rózia. - Widać. - Nie widać. - Widać. - Nie widać i jak kobieta wyjdzie za mąż i po ślubie okaże się, że jej mąż ma garb, to może się rozwieść nawet po trzech dniach! - przygadałem siostrze. Mama zaś nie myślała o naszych niedoszłych garbach tylko zachwycała się imieniem i nazwiskiem pana doktora. - Zupełnie jak z bajki. Pasuje do bohatera jakiejś ciekawej, zaczarowanej opowieści. Nie padało, więc poszliśmy na spacer. Najpierw pokazaliśmy Rózi drewniane domy i jesienne ogródki przy ulicy Jazdów. Na jednej z furtek przyczepiona była tabliczka z napisem „Uwaga groźny pies, a gospodyni jeszcze gorsza”. - Cha cha, cha – śmiałem się – Gospodyni to pewnie bierze łopatę albo młotek i wali w głowę, tego kto wejdzie na teren. - Mamo, a kto to jest gospodyni? - Pani domu. - Czyli ty jesteś gospodyni. Mama to gospodyni. A, tam zaraz jest ambasada z kurami! Poznaję! - To są koguty. - Francuskie koguty! Poszliśmy jeszcze do parku Ujazdowskiego i do Łazienek. Kolorowa jesień. Weszliśmy pod drzewo i zbieraliśmy kasztany. Rózi już nie mieściły się w kieszeniach. - To mój najszczęśliwszy dzień życia! Mój najszczęśliwszy dzień! – darłem się na widok takiej góry brązowych kulek. Ząb
- Jureczku, może zostawisz u mnie ząb? – namawiała mnie babcia. - No dobrze, ale za 50 złotych. - No, wiesz?! - No, to za ubezpieczenie za 20 złotych. Dwadzieścia zębów razy dwadzieścia – liczyłem na głos – to się równa czterysta. Czterysta złotych razem. - Jureczku, to zabieraj ten ząb, jak ty chcesz robić interesy na swoich mleczakach. – zezłościła się babcia. - To może potrzymaj go w coca-coli kilka dni i zobaczysz, jak się rozpuści. – zaproponowała Piąta Matka. Nic nie odpowiedziałem. Mama spytała się mnie potem: - Po co ci ten ząb? Gdzie go trzymasz? - W szkatułce. - A dlaczego? - Dla Zębuszki. Kacper powiedział, że to mamy wkładają pieniądze pod poduszki. On to ma pomysły! Której mamie chciałoby się w nocy wstawać i grzebać pod poduszką szukając zęba? Numer telefonu
Jadąc do Piątej Matki zatrzymaliśmy się na chwilę, bo tata musiał wskoczyć do
sklepu. - O c i e p l a n i e b u d y n k ó w. – literowała moja siostra gapiąc się na ogromny napis umocowany na rusztowaniu domu – Mamo, daj mi jakąś kartkę, bo chcę sobie zapisać numer telefonu. - A co, zamierzasz ocieplać jakiś budynek? - No, nie. – zawstydziła się Rózia. - No to po co ci?! - Pewnie chce kupić styropian. – domyśliłem się. Ślubowanie pierwszaków
- Ale na ślubowaniu było fajnie! Szkoda, że cię mamo nie było. Tacie się
podobało. Nie było takich dłużyzn, jak u Jurka i były ładne piosenki. I ja
dawałam pani dyrektor kwiaty od jakiejś grupy. - Ech, od twojej klasy, Róziu. – wtrącił tata. - I wiesz, co powiedział jeden mój kolega, Tomek, jak już wychodziliśmy ze szkoły? - Co? - Spytał się mamy: „To już koniec szkoły, tak?" Po raz trzeci na basenie
- Jak dzisiaj było na basenie, Jureczku? - spytała mama. - Dobrze, z tymże znowu mało się nie utopiłem. - A czy z wami jeździ na basen twój nowy kolega? No, wiesz, on jest trochę od ciebie niższy. - Tak, jeździ i obaj mało się nie utopiliśmy. Dynia
- Mamo, co kroisz? - Dynię. - Mogę spróbować kawałeczek? - Ona jest dobra, jak już jest zrobiona. Taka surowa, to nie. Ale masz, córciu. No i jak? - Jakby była słodka, to by była dobra. Mogę wziąć jeszcze kawałeczek? - Jak musisz. Po chwili Rózia wróciła do kuchni. - Cha cha cha, mamo, dałam Jureczkowi i on włożył ją do buzi. Powiedziałam, mu, że to brzoskwinia. A jak już zaczął gryźć, to powiedziałam mu, że to dynia i on zawołał „Błe!”. Ale śmieszne! Halo pies
- Ten pies jest halo, bo nasz to taki nie halo. Nie lubi się bawić z innymi
psami. - zaczepiłem kolegę spacerującego ze swoim psem.
***
- Róziu, czy są w twojej w klasie dzieci, które gorzej od ciebie czytają? – mama
spytała mimochodem . - Tak, jeden. Romek Klasiński i on brzydko się odzywa, bije i pluje. - Coo, jeden?! - No, tak. Romek Klasiński i on brzydko się odzywa, bije i pluje. - po raz wtóry promiennie wyrecytowała moja siostra. Nie całuje się
Przy domowym obiedzie: <Jurek - 8 lat, Rózia - 6 lat> Okrąglinek
- Zawołałam do taty Okrąglinek, bo tata, jak siedzi to ma taki okrągły brzuch,
takie półkole. - Pierwszoklasistka się znalazła. – burknął tata. Nie chodzę na religię
Miałem trochę kłopotów w rodzinie. Uparłem się bowiem, że nie będę chodził na
religię. Wyjaśniłem mamie dlaczego. - W porządku, podałeś sensowne argumenty, szanuję twoje zdanie. Możesz nie chodzić. Gdybyś nie uzasadnił tego logicznie, to nie wyraziłabym zgody, ale skoro tak, to OK. Tata też mnie zrozumiał. Gorzej było z dziadkami. A już najgorzej z bunią. W żadnym wypadku nie chciała się na to zgodzić. Ponieważ, to rodzice nas wychowują, więc nie mogła mi rozkazać chodzić, ale wymyśliła inne sposoby. Prośby. Nie pomogły. Tłumaczenia. Nie pomogły. Zbliżał się wielkimi krokami rodzinny obiad, a w trakcie niego na pewno miał pojawić się ten temat. I się pojawił. Między rosołem a klopsami. - Jureczku, wiesz, że z okazji Komunii dzieci dostają prezenty. Na pamiątkę tego ważnego Święta jestem gotowa kupić ci laptop i wrotki. Zaświeciły mi się oczy, poczerwieniały uszy, wstrzymałem na chwilę oddech, a potem wypaliłem: - Co za głupie pomysły religijne, to za drogie prezenty! Nie pójdę nawet za pięć rogów obfitości! - Jureczku, jeszcze się zastanów. Tłumaczyłam ci dlaczego uważam, że powinieneś chodzić na religię i mieć komunię w tym roku. - Nie, nie pójdę. Ty też nie jesteś bardzo religijna. - Ja?! - Tak, w dziesięciu przykazaniach jest „Nie zabijaj”, a ty na wakacjach zabiłaś MYSZ! Bunia westchnęła i spojrzała na Rózię: - A ty, Róziu, chodzisz na religię? - Tak, buniu. I będę miała komunię, bo pani od religii jest bardzo miła! Wernisaż
Dziś poszliśmy na wernisaż do Jaśminy i Jakuba na ulicę Widok. Moja droga do szkoły
Pani zadała nam wypracowanie. Oto co napisałem: Temat: Moja droga do szkoły. Idę cały czas prosto, później skręcam w prawo i idę po schodkach i później skręcam w prawo i idę prosto a później skręcam w prawo i idę prosto. Nieprzemakalny tornister
Rózia pogubiła gumki, kredki, kleje, zalała swój plecak wodą, sokiem, dostała
więc wodoszczelny tornister w miejsce plecaka. - Co pani z religii wpisała mi dziś do dzienniczka, mamo? - W niedzielę można iść do kościoła poświęcić tornistry. – mama westchnęła i dopowiedziała zrezygnowanym tonem - Jak chcesz, to idź. - O, na pewno nie, żeby mi się znowu coś z książkami zmajstrowało! Szkoła
- Mamo, zauważyłam dzisiaj, że szkoła nie jest wcale taka fajna! - zakomunikowała Rózia, pierwszoklasistka. - Tak, a to dlaczego? - Bo czasami jest tam bardzo nudno. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A JAK BYŁO na samym początku??
Dróżki:
Stronę zaprojektowała:
Tagi
|